Gdzie są myszy, jest i kot…

W czasie ferii zimowych odwiedziła nas pewna mała dziewczynka imieniem Emilka (oj… kiedy to było…)

Emilka z ogromnym zainteresowaniem przeglądała wszystkie rozrzucone po salonie i pracowni kłębki, motki i gałganki. W pewnym momencie, gdzieś w czeluści „za kanapą” (tam ukrywam koszyk zawierający wszystko co robię nim skończę) odnalazła cztery łapki i korpus bliżej nieokreślonej pluszowej zabawki. Był to pierwszy eksperyment montażu ruchomych łapek, wykonany wieki temu, na którego wykończenie zabrakło mi pomysłu i chęci…

– Co to jest?

– Jeszcze nie wiem…

– To jest kot… Chciałabym takiego kotka…

Po czym nie rozstawała się z częścią rozpoczętej zabawki, podobną zupełnie do niczego…

Gdyby nie ta rozmowa, to pewnie nigdy nie tchnęłabym życia w ten „eksperyment”…   To prawdziwe zainteresowanie Emilii i miłość od pierwszego wejrzenia do kota, który kota nawet nie przypominał pchnęła mnie do działania.

Tak oto powstał Kot dla Emilki – według wyobrażenia pięcioletniej dziewczynki.

Jest to już druga zabawka zrodzona z zachwytu dziecka nad tym, co pokątnie gdzieś tam się wałęsa u mnie i wstępnie miało nie ujrzeć światła dziennego, jako mniej udane… Zastanawiające jest to, że to właśnie takie odrzucone i zapomniane elementy zachwycają dzieci najbardziej…

:)

(Z uściskami dla Emilci i Haneczki)